Pewien iszpańskiarcerz stał się przyczyną uraganowego i niepoamowanegowybuuśmieuwszystki zwierząt mieszkający w przepięknym zakątku Afryki. Powstał wielki ałas i armider. Najgłośniej uczał basem ipopotam: a!a!a!iena natomiast iotała najbardziej rapliwie. Nawet jego kolegom nie udało się zaować powagi i co wilęwybualiśmieem, gdy któryś z nich przypominał sobie minę nieszczęśnika, który często ełpił się przed nimi, że jest nieustraszony niczym erkules.
Wszyscy zaśmiewali się z wyczynu peowegodrua, który podczas fotografowania rapiącego lwa, nie zauważył wystającego pnia baobabu, zaaczył o niego nogą i runął wprost do zatęłej kałuży. Nagle oryple zawył i zaczął czmyać niczym yży zając i nic nie zostało z eroiczności nieszczęsnego arcerzyka.
Strau napędziła mu mała ropua, która kinęła w wili jego upadku i to ona została boaterką dnia.